14.8.17

Post o wracaniu

Wszystko to trochę zbliżone jest do uczucia, kiedy po długiej nieobecności wraca się do szkoły i ze strachem zauważa, że nie ma się już tej odwagi, by odpowiadać na pytania nauczyciela. Jakby ten tydzień (miesiąc, rok, trzy lata) spędzone w łóżku, z dobrym serialem, z jeszcze lepszą książką wytworzyły barierę, przez którą tylko nieliczni będą potrafili się przebić. Po takim czasie potrzeba wielkiej odwagi, by publikować w internecie słowa, których być może już i tak nikt nie przeczyta (no bo kto jeszcze czyta). Jakaś część mnie podpowiada mi, że to strasznie egoistyczne, pisać i publikować w takich miejscach. Nie można przecież wrzucać tylu selfie, tylu własnych słów, bo to jakby myśleć, że jest się na tyle ładnym albo na tyle dobrym w słowa, że zasługuje się na te wszystkie lajki i serduszka. Niestety,  jeśli nie obejdę tej niewiary, to zaprowadzę się znowu w stany, w których ciężko jest żyć. Twarz, nawet jeśli niesymetryczna, to przecież jednak moja, własna, do końca. Słowa, jeśli nawet niezdarne, koślawe, poprzedzielane przecinkami nie tam, gdzie trzeba, to jednak prosto z wnętrza, z narządów, z tkanek. Jeśli nie mówię o sobie mała, to oznacza, że jestem już na tyle duża, by w siebie w końcu uwierzyć. 

Wracanie mam wpisane w życiorys. Dotąd było to przekleństwo spełniające się jedynie w dotykach czy niedbale wypowiadanych wielkich słowach, tymczasem okazuje się, że można wracać dobrze, z poukładanymi myślami, z planem. I nawet, gdy ten plan na dobrą sprawę jest tylko szkicem, to zawsze to jakiś początek.