12.8.14

post o prostych rzeczach i pozbywaniu się


Pozbywam się nadmiaru. Zbędne emocje pouciekały już dawno, teraz czas na rzeczy materialne, którymi tak bardzo lubiłam się otaczać. Ubrania, które są ładne, ale ich nie noszę (kupowanie z myślą: jeszcze będę się nosić kolorowo, schudnę, urosnę), kosmetyki, które mam, ale ich nie używam (po co komu cztery tusze i sześć beżowych lakierów?), książki, które przeczytałam raz i od tego czasu stoją na półce i służą jedynie do podtrzymywania opinii, że jestem osobą inteligentną i oczytaną. Pozbywam się tych wszystkich rzeczy nie dlatego, że robię miejsce na nowe; robię miejsce dla siebie. Będę się panoszyć na pustych wieszakach, na pustych półkach z książkami i w małej kosmetyczce, w której od niedawna znajdują się same najpotrzebniejsze rzeczy.

Odgruzowując mieszkanie, odgruzowuję siebie. Trochę banał, ale pozbywając się rzeczy, pozbywam się zbędnych wątpliwości i rozterek. Co ubrać, na jaki kolor pomalować paznokcie, co przeczytać? - te problemy przestają być problemami, kiedy w szafie jest kilka ubrań, które lubię nosić i które pasują do siebie idealnie, a w głowie mam świadomość, że nawet jeżeli próbowałabym pomalować paznokcie na czerwono, to ostatecznie wszystko szlag trafi i będą na powrót beżowe albo szare.

W tym całym dążeniu do porządku w szafie jest bardziej dążenie do porządku w sobie. Taki niesamowity etap w życiu, kiedy wszystko składa się w jedną całość. Mam świadomość, że jestem już dużą dziewczynką, a wszystkie wybory, których dokonuję to tylko i wyłącznie moje wybory. Zmiany w diecie, zmiany w postrzeganiu ludzi, całkiem inne niż trzy lata temu priorytety. Momentami owszem, przestaję być rozsądna, ale szybko wracam na właściwą ścieżkę. Porządek na półkach to odbicie porządku w głowie. Za każdym razem, kiedy otwieram szafę i widzę ładnie poukładaną prawą stronę: beże, granaty, szarości, biel i czerń, czuję się bezpiecznie. Brzmi śmiesznie? Nie znoszę przypadkowości i chaosu, a dobrze skompletowana szafa to pierwszy krok do złapania życiowej równowagi.

Jasne, kusi mnie jeszcze. Podupadam nieraz na duchu, wodzę się jeszcze na pokuszenie między jedną galerię handlową a drugą, między sklepowe półki ze słodyczami, wreszcie: między cudowną, kuszącą internetową otchłań świetnych kosmetyków za mniej niż pół ceny i butów, które wyglądają jak te drogie i skórzane, o których marzę od dłuższego czasu, ale są pięć razy tańsze i śmierdzą plastikiem.
Trochę już się nauczyłam się powstrzymywać i przy każdej wizycie w sh choć na samym początku mam pełen koszyk ubrań, to ostatecznie wychodzę z jedną rzeczą. Zadawanie sobie pytań typu  Czy naprawdę potrzebuję piątej szarej koszulki? lub To, że marzyłaś o tej sukience pięć lat temu nie znaczy, że dziś byś ją ubrała, prawda? pomaga. Sprowadza na ziemię i nie pozwala pieniądzom wychodzić z portfela, nawet jeżeli najczęściej chodzi o drobne sumy (taki studencki los), za które równie dobrze można kupić odżywkę do włosów, kawę w hipsterskiej sieciówce lub zrobić obiad dla dwóch osób.
Jasne, zdarza mi się zaszaleć. Głównie w Internecie, bo wirtualne pieniądze przecież wydaje się lżej. Wystarczy wpisać numer karty i już - po bólu (ten objawia się dopiero, kiedy sandały okazują się być za ciasne).

Zdarza mi się kupować rzeczy, o których myślę, że będę w nich chodzić cały czas, bo idealny krój, kolor, że będzie basic,  a później okazuje się, że materiał nie ten, leży nie tak, zszyte jakoś źle - to dość rozczarowujące, kiedy okazuje się, że wymarzona sukienka, na którą odkładam bardzo długo, jest jakaś dziwna - owszem, może i zachwycająco wygląda na chudych i wysokich blogerkach, ale na mnie już nie. W takich momentach zawsze kieruję się zasadą nie ma litości. Trzeba pozbyć się złudzeń- nawet jeśli schudnę, to nie urosnę, a zanim schudnę, to przecież sukienką może się już cieszyć inna właścicielka.

Lubię prostotę. Minimalizm. Nie minimalizm w wydaniu niektórych blogerek, które codziennie wrzucają zdjęcia kolejnej minimalistycznej torebki za kilka tysięcy w towarzystwie minimalistycznych butów za równie wielkie pieniądze. Jasne, lubię proste i dobre rzeczy, chciałabym mieć niejedną torebkę od projektanta, ale ta moja z sh jest równie ładna - lubię minimalizm, który nie oznacza maksymalizacji ceny, bo nie w tym rzecz (ba, to się nawet kłóci, takie czasy, że trzeba tłumaczyć). Teraz coraz łatwiej pomylić minimalizm z ubieraniem się na czarno czy w dżinsy plus tiszert (znaczy: normcore), z birkenstockami, białym mieszkaniem i meblami z ikei. Bardziej chodzi tutaj o przeciwstawienie się konsumpcji, o uświadomienie sobie, że wcale nie potrzebujemy tego, co wciskają nam na każdym kroku, o to, że można żyć wolniej, spokojniej -  a więc o wolność.