17.9.17

THINGS: OKNOTOK 1997-2017

Pod koniec czerwca 2017 roku ukazała się reedycja płyty OK Computer Radiohead. Dwupłytowe wydanie zawierające zremasterowanie wersje utworów, które znalazły się na oryginalnym albumie oraz nagrania studyjne tych krążących dotąd po Internecie w wersjach koncertowych, wydaje się być podsumowaniem ostatniego dwudziestolecia twórczości zespołu. Kilka dni później mogłam się po raz pierwszy w życiu przekonać, jak brzmią na żywo. Brzmieli jak zawsze – idealnie pięknie, z setlistą ułożoną na miarę, czyli tak, by zadowolić nawet najbardziej wymagających słuchaczy.


Gdy Radiohead tworzyli swoją profetyczną muzykę, ja ledwo składałam pierwsze zdania. Teraz, w dwadzieścia lat później, umiem już składać je na tyle, by napisać o OK Computer.
Jest w tej muzyce coś, co przyciąga. Gdy pierwszy raz ich słuchałam, liczę na palcach, że to już trochę ponad dziesięć lat temu, po angielsku znałam jedynie kilka wyświechtanych fraz, więc nie mógł mnie przyciągnąć magnes liryki. Gitarowe brzdąkanie i zawodzący głos Yorke’a prowadzą w rejony, które niechętnie się odwiedza, więc pewnie chodzi o ten banał, który niewybredne uszy znaczy nowością niesłyszanych dotąd połączeń i słów. Obcość. Odmienność. Choć brakowało mi wówczas obeznania i muzycznych doświadczeń, choć nie mogłam ich umiejscowić w historii muzyki, byłam zachwycona. Brak kontekstu nie działał im na szkodę. Dziś wiem, ze po The Smiths, Morisseyu, Nirvanie i Blur byli powiewem nowości. Moje kuzynki nie zdążyły jeszcze zmienić glanów na lżejsze buty, gdy MTV głosiło muzyczną rewolucję ustami Thoma Yorke’a. Potem wszystko już było miałkie i nijakie, a OK Computer był ostatnią z płyt, które zmieniły wszystko.
Czytałam kiedyś w Na krawędzi, książce o Radiohead, że Yorke miał wielki problem z ułożeniem listy utworów. Perfekcyjny do bólu, długie godziny spędził nad znalezieniem idealnej kolejności. Koncepcyjność albumu dotknęła mnie jednak znacznie później, dopiero w liceum, gdy nieznany dotąd język postanowił stać się bardziej przyjaznym, odkrywając przede mną historię dziejącą się na sam koniec wieku i jej przyszłe skutki. Mogłam się do niej odnieść z pełną świadomością, że niemal codziennie przełykam konsekwencje tego, co ten brytyjski zespół wieszczył dawno temu. I tu dochodzimy do sedna – liryki.
Bez słów ten album mógłby się przecież obronić. Wprawne ucho usłyszy wszak Pendereckiego, mniej wprawne Beatlesów czy Led Zeppelin, których spadkobiercami jest cała współczesna brytyjska scena muzyczna, ale to jednak o słowo tu chodzi. Blondwłosy, chudy Thom Yorke wijący się przy mikrofonie przeczuwał nadchodzącą katastrofę. Można było uznać to za paranoję, ale w każdym szaleństwie jest przecież prawda. Ta zgrabnie złożona wizja przyszłości, którą Radiohead pokazało światu w 1997 roku, pod koniec dwudziestego wieku, którego ostatnie dekady zdominowane przez technologię, pozostawiały społeczeństwo w stanie nieustannego technologicznego haju, wydawała się być ponura i daleka od właściwej prawdy. Rok milenijny, który w snach i literaturze science-fiction był niczym brama do świata cudów, podróży w czasie, sztucznej inteligencji i końca świata, w tekstach Radiohead bardziej przypomniał jego ponure odbicie, w którym wszystko działo się na odwrót, nie tak. Począwszy od Airbag, utworu o poduszce powietrznej, która ratuje życie, narracja warstwy lirycznej tego albumu skupia się niemal w całości na przedmiotach, które w technokratycznej dekadzie stały się niezbędne, i stopniowym spłycaniu uczuć tak, by ostatecznie doprowadzić do ich zniknięcia. Postępująca dehumanizacja w świecie, który wkrótce wyda na świat człowieka postkonsumpcyjnego, zestawiona zostaje uzależnieniem jednostki od przedmiotów i – przede wszystkim – technologii. Dziś, w czasach kiedy dostęp do Internetu jest coraz bardziej powszechny, a smartfony są urządzeniami codziennego użytku, których funkcjonalność wychodzi daleko poza wykonywanie połączeń, dyskusja o zawłaszczeniu człowieczeństwa przez przedmioty jest jeszcze bardziej żywa. Pełen przykazań i rad Fittier, happier jest kalką, wzorcem, który nałożony na kolejne pokolenia – począwszy od X po zaczynających właśnie swoje zawodowe życie millenialsów – po prostu pasuje. Puenta, a pig in a cage on antibiotics to tak naprawdę metafora przeciętnego przedstawiciela klasy średniej, który prawdziwe wartości, których budulcem są emocje, zastępuje zaspokojaniem potrzeb materialnych i robieniem wszystkiego, co pozwoli mu na dostosowanie się i wtopienie w tłum. Utrzymanie swojej przeciętności. Na OK Computer pojawia się krytyka względem tych, dla których nadrzędne wartości to pieniądze i praca, jednak nie bez zauważenia, że jest to błędne koło, które w ruch wprawia nie tyle człowiek, co cała masa ludzi skondensowana w otoczenie. Stąd też w tekstach często pojawia się motyw ucieczki i uwolnienia – czy to dosłowny, jak w Exit music, czy to nieco bardziej subtelny, jak ten w Let down (one day/ I am gonna grow wings). Wspomniana wcześniej kompozycyjność albumu doskonale zamyka się w postaci utworu zamykającego. The Tourist otwarcie nawołuje do porzucenia tego nienaturalnego, bo narzuconego przez epokę trybu życia (hey man/slow down/slow down/idiot), stając się niejako przykazaniem, które może uratować jednostkę przed potworem współczesności.
By nagrać Ok Computer, członkowie zespołu Radiohead uciekli nie tylko od miasta, ale i od koncertów, które przez ostatnie kilka lat wypełniały cały ich czas.  Odosobnienie rezydencji Jane Seymour, w której cała płyta powstała, dały muzykom możliwość całkowitego skupienia się na tworzeniu materiału, co zapewne w znacznym stopniu przyczyniło się do perfekcyjności efektu końcowego. Druga część reedycji, na którą składają się utwory nieuwzględnione na OK Computer, znane dotąd w wersjach live, daje jednak do myślenia. Niepasujące do koncepcji kawałki są tak naprawdę dowodem na to, że kariera Radiohead mogła potoczyć się inaczej. W dwadzieścia lat później są jedynie ludzkim gdybaniem, chwilą słabości, w której wspomnienie przeszłości wraca i budzi w nas niepewność, co byłoby g d y b y. Gitarowy I Promise, wydawałoby się, że godny następca Creep byłby więc jedynie przyczepieniem na kolejne kilka lat łatki rockowego, gitarowego, brytyjskiego do szpiku Radiohead. Man of War, który ukazał się jako singiel, wcześniej znany pod roboczym tytułem Big boots jest przykładem na to, że niektóre utwory muszą poczekać na swój czas. Niepokojąca warstwa tekstowa i klip idealnie wpisują się w klimat OK Computer, choć sam utwór powstaję chwilę przed, a finalnie miał pojawić się na soundtracku do filmu The Avengers, jednak zespół nie był zadowolony z ostatecznego efektu. Man of war musiał więc czekać dwadzieścia długich lat, by muzycy mogli go – jak na perfekcjonistów przystało – doprowadzić brzmieniowo do formy zezwalającej na utrwalenie. Ta płyta z dodatkami pokazuje nie tylko fanom, ale i całemu muzycznemu światu, że Radiohead stało na rozstaju dróg, porzucając potencjalne hity (jak dwa wspomiane wcześniej utwory czy np.Lift), zapewniające dalszą popularność, na rzecz nowej jakości, która ze strony muzycznej była wyjściem pod prądem ówczesnym trendom, a pod względem lirycznym ponurą zapowiedzią kolejnych klęsk postnowoczesnego świata.
W reedycji jednak tak naprawdę najbardziej intryguje tytuł. Bo to trochę tak, jakby przepowiednia sprzed dwudziestu lat spełniła się, ale nie można jej jeszcze ocenić, bo nie zdarzyła się żadna katastrofa, bo nie zdarzył się żaden cud. O ile wybrzmiałe w 1997 „OK Computer” ktoś jednak mógłby na siłę zinterpretować jako stwierdzenie, że postępująca technologizacja codzienności może mimo wszystko przynieść więcej korzyści niż szkód, to 2017 rok przekreśla te domysły. Choć owo not obudowane jest dwoma pewnymi siebie OK, to wiemy doskonale, że to pytanie rzucone w tłum, na które sami sobie musimy odpowiedzieć.

PS Zostałam zmuszona do napisania tego tekstu. Jest to pierwsza i najprawdopodobniej jedyna recenzja muzyczna, jaką odważyłam się napisać (bo musiałam!). Dziękuję za wyrozumiałość.